O autorze
Trochę kilometrów przebiegła, choć nadal bez maratonu i z najważniejszym dla niej biegiem wciąż lśniącym na horyzoncie. Matka dwójki Dzików, których przebiegle zmusza do aktywności i próbuje wychować na dobrych ludzi. Nie usiedzi na miejscu. Lubi zmiany i wyzwania, zwłaszcza te, które stawia jej życie i macierzyństwo. Wiecznie w biegu. Coś planująca, kombinująca tak, aby czas, który został jej dany, przez palce nie uciekł. Ma marzenia i powoli je spełnia. W tym wszystkim potrafi powiedzieć: Chłopaki, dajcie mi dziś spokój, nie mam siły, muszę poleżeć.

Próbowałam poznać przepis na szczęśliwe i długoletnie małżeństwo? Czy mi się udało?

Fot. Pixabay/[url=https://pixabay.com/pl/staro%C5%9B%C4%87-park-emerytury-cieszy%C4%87-si%C4%99-164760/]PublicDomainPictures[/url] / [url=  http://pixabay.com/pl/service/terms/#download_terms]CC O[/url]
Fot. Pixabay/PublicDomainPictures / CC O
Co tydzień obserwuję ich z zazdrością. Zdarza się, że celowo wychodzę z domu i mijam ich wymieniając uśmiechy. Jakbym się chciała ogrzać w ich spokoju. Jakby chwilowe obcowanie z nimi miało mi pomóc odpowiedzieć na pytanie, jak po tylu latach można być tak bardzo razem. Tak blisko siebie.

Widzę ich jak idą powolutku i trzymają się za ręce. Tacy mali, drobni. W niedzielę eleganccy w drodze do kościoła. Na ich twarzach jest tyle spokoju i pogody ducha. Rozmawiają ze sobą. Mają może po 80 lat. Czasami mam wrażenie, że oni w tym pędzącym świecie są niezmienną wolną stałą. Nigdzie się nie spieszą.



Naprzeciwko mnie mieszkało małżeństwo. Ja pamiętam już ich jako staruszków. Ona zawsze w kapeluszu siedziała pod pachnącym bzem. On z taką miłością na nią patrzył. W tym swoim domku, na jednym podwórku, na którym biegały wnuki i prawnuki. Kiedy on umarł, ona po kilku dniach nie zniosła tęsknoty. Także odeszła.

Znajoma opowiadała o małżeństwie,
u którego mieszkała na studiach. Starsi państwo, z wieloma wspólnie spędzonymi latami. Szanowali się, ten szacunek było czuć w powietrzu. To dbanie o drugą osobę, uważność. Herbata w ulubionej szklance. Kanapka z dżemem malinowym. Dbali o siebie w najprostszy sposób. Tak mało rozmawiali i tak długo siedzieli wspólnie przy stole. Kiedy ona zmarła, jego po kilkunastu godzinach znaleziono przy tym stole. Obok stała jej ulubiona szklanka z herbatą. Mówili, że serce mu pękło z tęsknoty.
Lubię oglądać w lokalnych gazetach zdjęcia par świętujących złote gody. Pięćdziesiąt lat pożycia małżeńskiego. 50 lat. Pięć-dzie-siąt. Na fotografiach uśmiechnięci małżonkowie, ona rozpromieniona, on w garniturze powściągliwy, bo nie lubi takiego zamieszania. Wokół dzieci, wnuki, prawnuki. Często patchworkowe rodziny. Tylko oni pięćdziesięcioletni są stali. Wytrwali razem. Byli na dobre i złe. Są wierni przysiędze „dopóki śmierć nas nie rozłączy.”

Kiedy tylko mam okazję pytam, gdzie tkwi siła długoletnich związków.
Jak ją znaleźć? Wypracować? Słyszę, że ważny jest szacunek, miłość, przyjaźń, poczucie humoru. „Wy młodzi cały czas za czymś gonicie. Chcecie szybko i łatwo. A tak się nie da. My żyliśmy w innych czasach. Bez telefonów, telewizorów, całych tych komputerów. Chodziliśmy na spacery, siadaliśmy pod drzewem, kochaliśmy się na łące” usłyszałam kiedyś.

Czy nasze czasy winne są temu, że znowu słyszę, że ktoś się rozwodzi, że ona zdradziła, a on się wyprowadził? Czy przez to, że żyjemy tu i teraz, nie mamy szans na stworzenie szczęśliwego, długotrwałego związku? Czy my już nie będziemy mieć zdjęć z obchodów złotych godów? Urodziliśmy się w złych czasach, w teraźniejszości, która nie pozwala wierzyć w miłość do końca życia? Nie mamy zatem szans na pięćdziesiąt lat małżeństwa?

Spytałam kiedyś: „Nigdy nie miała go Pani dość, nie wkurzał Pani?” i co usłyszałam? „O jeny ile razy mnie wkurzał, raz go nawet uderzyłam. Rzuciłam talerzem w niego. Ale wtedy zawsze przypominałam sobie dzień, kiedy się w nim zakochałam. Patrzałam w jego oczy i widziałam tego młodego chłopaka. Cała złość mijała. Wiedziałam, że i tak go kocham.”
Patrzymy sobie w oczy? Mamy czas przypomnieć sobie to pierwsze spotkanie? Czy raczej nie oglądamy się za siebie. Nie mamy kiedy pomyśleć o ulubionym kubku do kawy. W naszym wspólnym życiu pojawiamy się na chwile, zbyt krótkie, by budować coś na wiele lat. Spieszymy się każde do siebie. Niby razem, a cały czas samotni. Rywalizujemy ze sobą o niezależność, o miłość dzieci, o bycie lepszym. Nie siadamy razem przy stole. Nie umiemy milczeć w swoim towarzystwie. A kilka dni urlopu są okazją do nadrobienia zaległości towarzyskich z przyjaciółmi. Nie do bycia razem.

„Nigdy Pani nie zostawił, był wsparciem, zawsze obok?”.
Widzę uśmiech. „Oczywiście, że nie był. Kiedy na przykład rodziłam Rysia, pił z kolegami. Ale później przychodził z kwiatami. Życie nie składa się z chwil. Z tego tu i teraz. Jeśli raz go nie było, to miałam przekreślić te wszystkie momenty, kiedy był przy mnie? Przecież to by była głupota. Ja też zapominałam o jego urodzinach, jak dzieci były małe. I co miał mnie zostawić?”

A może my zbyt dużo wymagamy?
Chcemy więcej i więcej, a jeśli tego nie dostajemy, wymieniamy na lepszy, nowszy, jeszcze pełen energii model. Dbamy o nasze własne szczęście, nie o to wspólne. Ono nie ma dla nas znaczenia. A jeśli już, to marginalne.

„Szukasz recepty na długie wspólne szczęśliwe życie? Jej nie ma. Trzeba kochać. Całym sobą. Trzeba umieć wybaczać. Trzeba się szanować. Bardzo. I uśmiechać się do siebie codziennie. I pielęgnować dobre rzeczy. Złe zostawiać za sobą.”

Tylko tyle. Podobno. Kto odważy się spróbować?
Trwa ładowanie komentarzy...