O autorze
Trochę kilometrów przebiegła, choć nadal bez maratonu i z najważniejszym dla niej biegiem wciąż lśniącym na horyzoncie. Matka dwójki Dzików, których przebiegle zmusza do aktywności i próbuje wychować na dobrych ludzi. Nie usiedzi na miejscu. Lubi zmiany i wyzwania, zwłaszcza te, które stawia jej życie i macierzyństwo. Wiecznie w biegu. Coś planująca, kombinująca tak, aby czas, który został jej dany, przez palce nie uciekł. Ma marzenia i powoli je spełnia. W tym wszystkim potrafi powiedzieć: Chłopaki, dajcie mi dziś spokój, nie mam siły, muszę poleżeć.

Czy Chorwację da się pokochać? O jednych z najgorszych wakacji mojego życia, a na pewno ich początku

Arch. prywatne
Arch. prywatne
To nie była miłość od pierwszego spojrzenia, ani nawet od drugiego. Mieliśmy pojechać w Alpy Julijskie, a tymczasem wylądowaliśmy w Chorwacji. Byłam załamana.

Ale może od początku. Nie pojechaliśmy w Bieszczady. Choć czułam, że zdradzam trochę moje miejsce na ziemi, tłumaczyłam sobie, że jak już kiedyś tam zamieszkam, to tym samym zdradę wynagrodzę.



Musieliśmy pogodzić moją chęć połażenia po górach i potrzebę Najstarszego Dzika, który chciał zobaczyć Chorwację i od kilku lat próbował (dotychczas bezskutecznie) mnie na taki wyjazd namówić. Wypracowaliśmy kompromis i postanowiliśmy najpierw kilka dni spędzić w Słowenii, żeby pochodzić po Alpach, a później w ramach relaksu pojechać do Chorwacji.

Żeby odpocząć, muszę się zmęczyć, fizycznie zmęczyć
. Połazić po górach, wyłączyć mózg, a myślenie ograniczyć tylko do tego, żeby postawić kolejny rok i wejść na ten cholerny szczyt. Jak na ironię losu przystało, dziesięć lat mieszkałam nad morzem, to tam potrafiłam wsiąść w auto wieczorem, żeby wcześnie rano stanąć w Ustrzykach Górnych. Dwa tysiące kilometrów w jeden weekend.

Chorwacja jawiła mi się niczym polskie wybrzeże.
Niech ktoś mi powie, co jest fajnego w leżeniu na plaży i moczeniu tyłków w morzu. Jeden dzień może być i miło, ale spędzić tak wakacje – to nie moja bajka.
Pół godziny przed wyjazdem do Słowenii coś mnie tknęło i sprawdziłam pogodę. Deszcze, zimno i dół. Jak łazić po górach w takiej pogodzie. Jasne, że można, ale co to za przyjemność, kiedy idziesz z dzieciakami. Wszystko szło nie tak. Dzień przed zaplanowanymi wakacjami nasz pies wyżarł nam dziurę w namiocie – bał się burzy, albo wściekł się, że nie puszczamy go do kuszącej sąsiadki.

Namiot klejony, fatalna prognoza pogody, obite auto na pustym parkingu, kiedy wyszliśmy tylko po mapę do sklepu (oczywiście sprawcy ani śladu). Wszystko to sprawiało, że decyzja: „Ok. jedziemy od razu do Chorwacji” nie była szczęśliwą. Ale ruszyliśmy. Jedyne, co mnie pocieszało, to fakt, że od Czech, aż za granicę Chorwacji lał deszcze. Non stop. Czyli prognoza pogody trafiona. Słowenia mokra i zimna. Góry schowane w chmurach.

Chorwacja widziana z autostrady zadziwiała swoją różnorodnością. Im dalej na południe, tym wyżej sprawiało, że humor mi się poprawiał. Zdążyłam prześledzić możliwość górskich wypraw, więc pocieszałam się, że i tu odpocznę tak, jak lubię najbardziej. Za Splitem stanęliśmy w korku. Nie dałam się sprowokować rosnącej frustracji. Z Młodszym Dzikiem wysiedliśmy z auta i poszliśmy na pieszo szukać wskazówek, gdzie znajduje się upatrzone przeze mnie pole namiotowe.

Tyle tylko, że na owym polu, schowanym między skałami nie było miejsc… W życiu przez myśli mi nie przeszło, żeby rezerwować miejsce pod namiot! Właścicielka jednak, myślę, że ze względu na Dzików, dałam nam na jedną noc przyczepę kempingową z zapewnieniem, że rano jakiś kawałek poletka na pewno się znajdzie. Było już późno, ale ruszyliśmy zobaczyć miasto z piracką przeszłością. MASAKRA! Plaża dla psów, obok dla ludzi. Brudno, głośno.

Robiłam dobrą minę, do nie zapowiadającej się zbyt dobrze gry. Wesołe miasteczko, tłum ludzi. Pomyślałam, że trafiłam do chorwackiego Mielna. Mojego koszmaru wakacyjnego. Nie pomogło nawet miejscowe wino i piwo. Zasypiałam myśląc: „Po ch**j dałam się namówić na tę Chorwację. To będą najgorsze wakacje mojego życia!!!”
Ranek. Z Dzikami ruszyłam obejrzeć drugą część miasta, tę za rzeką. I zobaczyłam stragany z ogromną ilością winogron i wielkimi arbuzami. Targ rybny i wąskie uliczki starego miasta. Doszliśmy na miejską plażę, gdzie woda zachwycała swoim kolorem, a tuż za linią brzegową nie było widać kamieni tylko piasek. To przywróciło mi nadzieję, że może nie będzie tak źle, jak na początku mi się wydawało.

Wyprawa w góry, najpierw do starej fortecy. Buty w góry zapakowane do auta z myślą o Alpach, zostały wyciągnięte i stromym podejściem ruszyliśmy na pierwszy chorwacki szlak. Dość popularny, bo wychodzący prosto z miasta, może i wymagający, ale krótki. Na górze poznaliśmy Neno. Chorwata, z którym śmialiśmy się, że „polako” po chorwacku znaczy powoli. Nijak do Polaków nie pasujące. Od niego dostaliśmy mapę z okolicznymi szlakami i wskazówkami, gdzie warto iść i co zobaczyć. Odetchnęłam, podziwiałam widoki i powoli wiara, że to jednak będą udane wakacje, wracała.
Wyglądaliśmy trochę jak kosmici drepcząc w ciężkich butach między tymi, którzy udawali się na plażę. Zobaczyliśmy jednak miejsca, które pewnie rzadko kto ogląda. Zupełny brak ludzi na szlakach sprawiał, że czuliśmy się trochę wyjątkowo odkrywając ciut inne oblicze Chorwacji. Nie wchodziliśmy wysoko, bo tam walka trwa nie z wysokością, ale z temperaturą.

Schodzenie południowym stokiem, nawet wśród słodkich jeżyn, których nie dało się wszystkich zjeść, było prawdziwym wyzwaniem. Jednak klimat odwiedzonych przez nas miejsc, Chorwat, u którego braliśmy prysznic na dworze gdzieś w połowie szlaku i który częstował nas wodą, brzoskwinie na drzewach i widoki, które zostały w naszych głowach sprawiły, że Chorwacja po cichu skradała moje serce.

Po południu plaża, spotkania z naprawdę fantastycznymi Polakami
. Kąpiel i wygłupy. Wieczory spędzone wśród Chorwatów grających niemal do północy w bule. Uśmiechali się, jak do nich przychodziliśmy po raz kolejny, a później zaczepiali na plaży pytając, czy znowu będziemy. I jeszcze koncert chorwackiej rockowej kapeli. I pewnego dnia pusta plaża wśród skał. Pole namiotowe, które nie potrzebuje rekomendacji patrząc, ile osób tam przyjeżdżało. Świetni właściciele. Holendrzy, którzy byli naszymi sąsiadami i podziwiali złapane przez Dzików modliszki.

Budowałam obraz z małych fragmentów. Pan ze straganu, który zawsze taniej sprzedawał mi winogrona i był lekko jakby zawstydzony. Wszystko to sprawiało, że nawet tłum miasteczka uciekł mi na daleki plan.
Jednak w Chorwacji zakochałam się tak zupełnie w drodze powrotnej. Kiedy postanowiliśmy pojechać na północ drogą prowadząca przez środek kraju. Między autostradą a wybrzeżem. Opuszczone domy, ślady po kulach, historia tam widoczna i po raz kolejny przez nas poznawana, tym razem namacalnie, sprawiły, że bardziej zrozumiałam tych, którzy tam mieszkają.

Historia Chorwacji to historia ludzi z wielką świadomością swojej niezależności. Wróciłam myślami do rozgrywek w bule. Do mężczyzn, którzy brali udział w grze, którzy kłócili się, krzyczeli i śmiali dając dowód swojego temperamentu.
I choć północ kraju – ta turystyczna nas nie zachwyciła, wracaliśmy zadumani. Jeszcze raz w przewodnikach czytając o wojnie, rozmawiając z Dzikami o niepodległości, dyskutujący z nimi o patriotyzmie.

Tak, to nie była miłość od pierwszego spojrzenia. Ale Chorwaci skradli duży fragment mojego serca. Obiecaliśmy sobie odwiedzić jeszcze kiedyś Vukovar. Przy okazji. Może w drodze do Serbii.
Trwa ładowanie komentarzy...