O autorze
Trochę kilometrów przebiegła, choć nadal bez maratonu i z najważniejszym dla niej biegiem wciąż lśniącym na horyzoncie. Matka dwójki Dzików, których przebiegle zmusza do aktywności i próbuje wychować na dobrych ludzi. Nie usiedzi na miejscu. Lubi zmiany i wyzwania, zwłaszcza te, które stawia jej życie i macierzyństwo. Wiecznie w biegu. Coś planująca, kombinująca tak, aby czas, który został jej dany, przez palce nie uciekł. Ma marzenia i powoli je spełnia. W tym wszystkim potrafi powiedzieć: Chłopaki, dajcie mi dziś spokój, nie mam siły, muszę poleżeć.

Z dziećmi na imprezę? Nie, dziękuję?

Fot. Flickr/[url=http://bit.ly/1elKcD0]torbakhopper[/url] / [url= https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/]CC BY[/url]
Fot. Flickr/torbakhopper / CC BY
W naszym domu ostatnio rozgorzała dyskusja na temat tego, czy zabrać Dziki na imprezę do znajomych, czy lepiej nie. Co było jej powodem?

Otóż kilka tygodni temu dostaliśmy zaproszenie od przyjaciół. Wiadomo weekend, czas wolny, można się spotkać, pogadać, wyluzować. Wśród naszych znajomych właściwie wszyscy mają dzieci, a większość z nich jest w podobnym wieku. Przyjęło się zatem, że spotykamy się z dziećmi, aby one miały okazję wspólnie się pobawić. Tak właściwie było od zawsze. Jednak dla nas do czasu.



Nie ukrywam, że towarzystwo mamy bardzo zabawowe i gdy umawiamy się na weekendowe spotkanie, to każdy liczy się z tym, że będzie alkohol. Czasami więcej, czasami mniej, właśnie o tę ilość się rozchodzi. Pamiętna impreza, która wywołała dyskusję była jedną z tych, na której wysokoprocentowych napojów polało się sporo. Przestrzeni do zabawy dla dzieci nie było zbyt dużo, więc siłą rzeczy uczestniczyły one w imprezie zdecydowanie przeznaczonej dla dorosłych.

W pewnym momencie zapakowałam Dzików do samochodu i zawiozłam do domu
(już wcześniej postanowiłam na tej imprezie nie pić) szczerze mówiąc mocno zniesmaczona ich obecnością wśród nas. I nie chce się tu teraz wybielać i pisać, jaką świetną matką jestem, bo to nie moje dzieci spały na kanapie wśród pijanych dorosłych. Moje też kiedyś spały. Tyle tylko, że wtedy, kiedy jechałam z nimi do domu, coś we mnie pękło.

Zdałam sobie sprawę, że moje Dziki siedmio– i dziewięciolatek nie powinni być uczestnikami imprezy, w której dorośli tracą nad sobą kontrolę. I bez przesady, nie było tam drastycznych scen. Ot ktoś wpadł na krzesło, a ktoś w tańcu się zatoczył, ktoś opowiedział kawał nieprzeznaczony dla uszu dzieci, a jeszcze inny przeklną siarczyście. Wiadomo, alkohol luzuje zachowania i język. Dwie lub trzy osoby miały ciężki tydzień i potrzebowały tak zwanego resetu, a była ku temu świetna okazja.

Postanowiliśmy na kolejną imprezę, urodziny kumpla, nie zabierać Dzików.
Zgodnie doszliśmy do wniosku, że jeśli chcemy się pobawić i gdy spotykamy się większym gronie, gdzie każdy może zachować się różnie niekoniecznie pamiętając, że wśród nas są dzieci. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, nie musieliśmy sprawdzać, co robią Dziki i w co się bawią. Było super. Na pełnym luzie.

Bo prawda jest taka, że te nasze dzieciaki są coraz starsze. To już nie dwulatki, które pójdą szybko spać, to też nie pięciolatki bawiące się klockami. To już dzieci, które korzystając z okazji spędzają czas przed tabletami, komputerami, telefonami. Z imprezy, na której my chcemy się dobrze bawić, one wynoszą rzeczy, których wolimy nie widzieć. Nie chcemy też myśleć o tym, jaki obraz dorosłych rysuje im się podczas imprezy.
Oczywiście, że jest druga strona medalu zależna właśnie od ilości alkoholu. Nie jestem zwolenniczką ukrywania przed dziećmi faktu, że alkohol istnieje. Narzucam jednak sobie ograniczenia, gdy one są obok. Sami przyznacie, że co innego wypić lampkę wina, drinka, czy piwo ( w zależności od preferencji i możliwości), niż upić się przy dziecku. Nie tak, żeby bełkotać, ale wystarczy, kiedy dla dziecka zachowujemy się nienaturalnie. Ta nienaturalność, która dla nas jawi się, jako świetny humor, sprawia, że one nie czują się pewnie, tracą grunt pod nogami, zwłaszcza, gdy w przypływie tego dobrego humoru pozwalamy im na rzeczy, których zazwyczaj zabraniamy. Bywa i odwrotnie, zależnie od nastroju, w jaki alkohol nas wprawi.

Zatem niech ktoś wytłumaczy mi sens zabierania dzieci na imprezę, na której będzie alkohol, nie w małych zupełnie ilościach. Kiedy chce się pobawić, pożartować wśród dorosłych, to dzieci nie zabieram. Koniec kropka.

Musiałam dojrzeć do momentu, by powiedzieć: „Dziękuję, nie piję, przyszłam z dziećmi”. Uważam, że alkohol przy dzieciach jest nadal tematem tabu. Mówi się o jego braku podczas chrzcin, pierwszych komunii, czy urodzin dziecka. Negujemy jego pojawienie się, choć są i tacy, którzy twierdzą, że to nic zdrożnego.

Picie alkoholu w jakiś weekend, podczas spotkania z przyjaciółmi uważamy jednak za zupełnie inną sytuację. Pewnie dlatego, że nie ma tu religijnego podłoża, ani, że nie spotykamy się z okazji dziecięcej uroczystości. Spędzamy czas wśród lubianych przez nas ludzi, umówmy się nie po to, żeby siedzieć przy stole i pierdzielić farmazony, tylko, żeby miło spędzić czas. A że do tego miło dołączamy alkohol? Tak mamy. Pytanie, czy zawsze podczas takich spotkań powinny być obecne dzieci?
Trwa ładowanie komentarzy...